W starym (polskim) kinie (14): „Człowiek na torze”
Pamiętam te czasy gdy jazda pociągiem była czymś niezwykłym. Często bywała mianowicie koszmarnym przeżyciem zwłaszcza na tych dalszych trasach kiedy to w nieprawdopodobnym tłoku przemieszczało się w żółwim tempie setki kilometrów będąc zdanym na łaskę konduktorów, mniej lub bardziej życzliwych współpasażerów no i oczywiście najważniejszych w tym towarzystwie – maszynistów. To w końcu oni prowadzili lokomotywy, te stalowe rumaki ciągnące za sobą nieprzebrane ilości wagonów. Któż nie pamięta wierszyka Tuwima w którym zawarta była cała magia tej niezwykłej maszyny. Specyficzny zapach spalanego węgla, buchającej pary i najrozmaitszych smarów do dzisiaj towarzyszy tym wspomnieniom. Do tego wszystkiego dobudowana była legenda przedwojennych kolei, które podobno nie znały pojęcia spóźnień, a według przyjeżdżających pociągów regulowano ponoć zegarki. Dzisiejsze pokolenie super szybkich Pendolino i im podobnych nie ma o tym zielonego pojęcia i naturalnie nie musi mieć, bo to zamierzchłe czasy i...