W starym (polskim) kinie (14): „Człowiek na torze”
Tym, którzy chcą zerknąć „jak to drzewiej bywało” polecam dwie rzeczy: wycieczkę do nieodległego Tottenham gdzie można odbyć przejażdżkę w wagonie ciągniętym przez parową lokomotywę, albo obejrzenie filmu Andrzeja Munka „Człowiek na torze”, o którym będę teraz pisał.
Ten fabularny debiut reżysera miał miejsce w 1956 roku i jak wielu sądzi był pierwszym filmem tak zwanej „szkoły polskiej” — bezsprzecznie najlepszego okresu w historii naszej kinematografii. Munk wzbogacił później swój dorobek o kilka innych wspaniałych filmów z których należałoby wymienić „Eroicę”, „Zezowate szczęście” i niedokończoną „Pasażerkę”. Tragiczna śmierć reżysera w 1961 roku przerwała tę obiecującą karierę, która — kto wie — czy nie była na miarę innych gigantów rodzimego kina jak chociażby Wajdy czy Hasa.
To, że „Człowiek na torze” wszedł w ogóle na ekrany trzeba by przypisać na konto postalinowskiej odwilży jaka na krótko zapanowała w PRL‑u. Dysponentów od kultury, a zwłaszcza X‑Muzy musiała przecież drażnić postawa przedwojennego maszynisty Władysława Orzechowskiego, którego etos pracy zupełnie nie przystawał do tego co chciała komunistyczna władza. Orzechowski, znakomity przedwojenny fachowiec nie mógł się zgodzić z zaleceniami przełożonych, by kosztem ludzi podróżujących w prowadzonych przez niego pociągach oszczędzać na węglu (oczywiście najniższej jakości) lub sprawności maszyn. Jego postawa, choć najbardziej słuszna, niepomiernie wkurzała prominentów kolei. Munk prowadzi narrację swojego filmu w konwencji kryminału: Orzechowski ginie pod kołami pociągu i teraz pozostaje wyjaśnić dlaczego. Nie jest to takie proste bowiem prowadzący śledztwo mają do zbadania co najmniej cztery różne wersje, z których tylko jedna jest prawdziwa. Wielu krytyków doszukiwało się w tej konstrukcji podobieństw do arcydzieła japońskiego reżysera Akiro Kurosawy „Rashomon” i nawet jeśli film Munka odstaje nieco od tego formatu to przecież musiał budzić w onych czasach zachwyt.
Ciekawa jest tutaj konfrontacja profesjonalizmu maszynisty z tym co prezentuje dróżnik Sałata. Obaj są jakby z różnych światów zupełnie nie przystających do siebie, co w jakimś sensie jest alegorią tamtych czasów, albo raczej czasów które dopiero mają nastąpić. Rolę Orzechowskiego zagrał już wtedy nestor polskich aktorów Kazimierz Opaliński. To prawdziwy majstersztyk tego artysty, bez przesady zasługujący na Oscara (gdyby tylko Polska brała wtedy udział w wyścigu po te statuetki). Dla lepszego zrozumienia tej roli znakomity aktor spędził podobno mnóstwo czasu jeżdżąc na lokomotywach. Terminującym u niego mechanikiem i zarazem oponentem starej szkoły jest w filmie Zygmunt Listkiewicz (jako ciekawostka: ojciec przyszłego prezesa PZPN) zaś palaczem, czyli tym który dorzuca węgiel do pieca – Roman Kłosowski.
Jednym ze znamion wartości filmowego dzieła jest to, że jest ono ponadczasowe, nieprzemijające i i takim jest właśnie dzieło Andrzeja Munka, bo choć dawno już nie ma parowozów, ignorancja i ciemnota są niestety ciągle wszechobecne.
Link do filmu:
https://www.youtube.com watch?v=eharqmSU1vQ
Komentarze
Prześlij komentarz