Czerwone Maki

 

Czerwone Maki


Długo zbierałem się w sobie by coś napisać o tym filmie bo, jakby nie patrzeć, pisanie o filmach to przecież moje trochę więcej niż hobby. A jednak ilekroć zasiadałem przy komputerze uprzednio wypiwszy kilka kaw, moja wena pękała niczym bańka mydlana. Działo się tak, jak sądzę, dlatego, że film Krzysztofa Łukasiewicza nie jest wybitnym filmem, a może nawet jest wręcz kiepskim filmem, co jak gdyby obligowałoby mnie do surowej krytyki obrazu, który dotyczy zdarzeń dla mnie osobiście ogromnie ważnych. Powód nie jest banalny. Otóż poznałem w Kanadzie wielu byłych żołnierzy 2 Korpusu, a kilku z nich stało się moimi bliskimi przyjaciółmi. Wspólnie z nimi kilkakrotnie brałem udział w rocznicowych obchodach Bitwy, właśnie tam – na Wzgórzu. Wielokrotnie próbowałem nakłaniać ich do wojennych opowieści ale, jak jeden mąż, delikatnie odmawiali. Dziwiłem się temu dopóty dopóki nie zrozumiałem czym jest tzw. PTSD (Post-traumatic stress disorder). Przywoływanie wspomnień kojarzonych z horrorem wojny było zbyt bolesne, a to co tam widzieli i przeżyli zbyt przerażające. Nie dało się o tym zapomnieć, ale też – paradoksalnie – nie chciało się o tym pamiętać.

Tak więc jedynym źródłem informacji pozostała tutaj książka-reportaż Melchiora Wańkowicza „Monte Cassino” no i oczywiście garść suchych statystyk przytaczających nazwy biorących udział w bitwie pododdziałów, nazwiska ich dowódców, względnie podsumowujących liczbę zabitych, rannych, wystrzelonych pocisków, zniszczonego sprzętu itp. Skala tego wszystkiego porażała, ale niewątpliwie największe wrażenie robiło samo wzgórze z wieńczącym go odrestaurowanym klasztorem Benedyktynów. Patrząc na niego nie sposób było nie zadać sobie pytania: jak w ogóle było możliwe piąć się po tych skałach pod ogniem niemieckich snajperów i pod nieprzerwanym ostrzałem artyleryjskim.

Wiadomość, że w końcu ktoś spośród twórców polskiej X Muzy zechciał się zmierzyć z tematem Bitwy, mogła tylko ucieszyć. 80 lat czekania na tę chwilę to nieprzyzwoicie długi okres, zwłaszcza, że w naszej rodzimej historiografii jawi się ona jako jeden z najchwalebniejszych dokonań polskiego oręża. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie można było o tym mówić: w PRL-u było to najpierw tabu (wiadomo, czym była dla nich Armia Andersa, nawet jeśli pod czujnym okiem cenzury udawało się przemycić sceny jak choćby tę z filmu Wajdy „Popiół i diament” kiedy to Cybulski i Pawlikowski wspominają nieżyjących przyjaciół, a w tle rozbrzmiewa legendarna piosenka Czerwone maki na Monte Cassino)), a później, aż do 1989 roku nieśmiało wzmiankowano o Bitwie i to najczęściej w kontekście niepotrzebnego rozlewu krwi. Dziwi natomiast fakt, że już w niepodległej Polsce nikomu spośród rodzimych twórców kinematografii nie starczyło odwagi by przerwać tę zmowę milczenia. Być może była to kwestia finansów albo technicznych ograniczeń, ale przecież nasze ciągle bogacące się państwo mogło, a nawet powinno sponsorować taki projekt.

Właśnie stąd bierze się mój dylemat: jakże krytykować kogoś kto w końcu przełamał ten impas i choć z nie najlepszym skutkiem to jednak podjął się tego wyzwania. Miał ku temu Łukasiewicz dobre zadatki bowiem w temacie wojny zajął się niegdyś polską misją NATO w Iraku („Karbala”), a także losami jednego z narodowych bohaterów - generała Emila Fieldorfa („Nil”). Byłoby przesadą oczekiwać od niego wojennego obrazu na miarę, na przykład, „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga, ale też można było tutaj wymyślić ciekawszą intrygę niż tę, którą zaproponował reżyser i zarazem scenarzysta tego filmu. Są to mianowicie perypetie chłopaka starającego się o względy uroczej sanitariuszki, której znacznie bardziej imponuje młody oficer. Z tegoż powodu, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, Jędrkowi (Nicolas Przygoda) bo takie nosi imię nasz bohater - najbardziej zależy na umizgiwaniu się do Poli (Magdalena Żak), wykazaniu się wobec niej, iż jest równie dobrym żołnierzem jak wspomniany oficer. Zadaniem Poli jest opatrywanie rannych i umierających i z racji jej pierwszoplanowej roli, często – może nawet zbyt często – gościmy w polowym szpitalu gdzie rozgrywają się straszne sceny. Nie wiem, czy widok zmasakrowanych ciał, nie na polu walki lecz właśnie w szpitalu, buduje atrakcyjność filmu. Natomiast sceny batalistyczne, które w końcu decydują o klasie wojennego obrazu są mało realistyczne, chaotyczne, pozbawione dramaturgii (dla przykładu, praktycznie nie ma w nich niemieckich żołnierzy!). Dobrym pomysłem było za to stworzenie postaci Redaktora (Leszek Lichota): ewidentne nawiązanie do Wańkowicza. Jak przystało na dobrego wojennego reportera jest on wszędzie tam gdzie coś się dzieje, będąc zarazem narratorem akcji, a także mentorem nieustannie wpadającego w tarapaty Jędrka.

Jak wiadomo, w bitwie o Monte Cassino ogromną rolę odegrało paru generałów i o nich nie mógł zapomnieć twórca filmu. Tych najważniejszych widzimy na planie, choć nie od razu orientujemy się kto jest kim. Najłatwiej rozpoznać dowódcę 2-go Korpusu, Władysława Andersa (w tej roli Michał Żurawski), natomiast dla widzów nie za bardzo obeznanych z Historią, enigmą pozostają sylwetki dowódców 5 Kresowej Dywizji Piechoty generała Nikodema Sulika ( gra go Bartłomiej Topa) oraz generała Bohusza-Szyszko (Zbigniew Stryj), a także dowódcy 3 Dywizji Strzelców Karpackich generała Bronisława Ducha (Radosław Pazura).

W filmach historycznych zawsze pojawia się ten sam dylemat: jak daleko, to co widzimy na ekranie odbiega od faktycznych wydarzeń i nie inaczej myślimy o tym tutaj. Łukaszewiczowi udało się w sumie przekazać to, co 80 lat temu na Monte Cassino było najważniejsze: odwaga, poświęcenie i straszliwy los tych 2000 Polaków pochowanych na cmentarnym wzgórzu. O nich trzeba pamiętać i za to, twórcom filmu należy się podziękowanie i szacunek. Nawet jeśli widzimy te wszystkie niedoskonałości rodzimego CGI (Computer-generated imagery) i może nie najlepiej skonstruowanej akcji.

Komentarze