W starym (polskim) kinie (15) – „Jak być kochaną”


Piotr Szczepanik, piosenkarz popularny w moich młodych latach, śpiewał niegdyś taką piosenkę o miłości zaczynającą się od słów „...kochać - jak to łatwo powiedzieć, kochać – to nie pytać o nic...”, zaś nieco wcześniej, w 1963 roku, Wojciech Has zrobił film oparty o opowiadanie Kazimierza Brandysa „Jak być kochaną”. Obydwie te rzeczy traktują o miłości, o kochaniu – tym dziwnym uczuciu, które gdy ogarnia człowieka czyni go skłonnym do ogromnych poświęceń, wyzwala z racjonalnego myślenia, niekiedy prowadzi go do bezgranicznego szczęścia, ale też niekiedy skazuje na cierpienie. Komuś komu to zestawienie piosenki z filmem wyda się dziwne wyjaśniam, że i tu i tam nie musimy, a nawet nie powinniśmy doszukiwać się przesłanek dlaczego wpadamy w sidła miłości.

Odkąd zaczęto kręcić filmy temat ten jest bodaj najczęściej eksponowany, w najprzeróżniejszy zresztą sposób. Polska kinematografia nie mogła pozostać w tyle, a ponieważ nadal mieliśmy wojenną traumę, często ta wojna była w tle miłosnych opowieści. Tak jest też u Hasa, choć tym razem nie wybuchają tu bomby, nie ma strzelaniny (gwoli ścisłości pada jeden strzał), zaś żołnierze jedynie z rzadka pojawiają się na ekranie. A jednak nikt nie może mieć wątpliwości, że panuje terror okupacji, że życie bohaterów wisi dosłownie na włosku. Akcja filmu dzieje się w dwóch płaszczyznach czasu: współcześnie (to znaczy w latach 60-tych) i w okresie wojny (to nawiasem mówiąc ulubiona narracja reżysera znana choćby z filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie”). Felicja (Barbara Krafftówna) jest znaną aktorką w podróży do Paryża. Wykwintnie ubrana, popijająca koniak na pokładzie samolotu – to wszystko, pamiętam, robiło spore wrażenie, zwłaszcza na obywatelach PRL-u - takich jak ja - patrzących na to z perspektywy tzw. Polski B. Jej życie nie wyglądało jednak zawsze tak różowo. Dowiadujemy się o tym gdy wraca myślami do początków swojej kariery zbieżnych z początkiem wojny. Debiutuje wtedy w roli Ofelli u boku gwiazdy miejscowego teatru Wiktora Rawicza (Zbigniew Cybulski). Ten ostatni jest także obiektem jej westchnień, zupełnie nie odwzajemnionych. Rawicz jest człowiekiem porywczym i w dodatku nie znosi, co zrozumiałe, Niemców. Stąd już bardzo blisko do kłopotów i faktycznie aktor w nie wpada: publicznie policzkuje volksdeutscha, a gdy ten ostatni zostaje zastrzelony podejrzenie pada właśnie na niego. Felicja podejmuje się ukrywać kolegę po fachu przy czym robi to nie tylko z patriotyzmu, ale także, a może przede wszystkim, z nadziei, że Rawicz w końcu ją pokocha. Tak oto Felicja i Wiktor zostają niejako skazani na siebie i wbrew sobie. Ten dziwaczny układ w którym znalazły się osoba kochająca ale nie kochana oraz osoba kochana ale nie kochająca trwa przez kilka lat, aż do końca okupacji. Ich nadzieje są zupełnie rozbieżne i nie mają szans spełnienia. Poświęcenie Felicji, nawet w tym najstraszliwszym wymiarze kończy się fiaskiem: Wiktor odchodzi w siną dal….

Co zatem robić by być kochaną? Has oczywiście nie daje na to żadnej odpowiedzi, bo też obiektywnie rzecz biorąc, nie ma takiej odpowiedzi. W tym momencie wypada mi wrócić do początku moich rozważań o miłości i zamknąć je aforyzmem, który niegdyś wymyśliła żyjąca w 18 wieku poetka Narcyza Żmichowska: „Miłość jest pewną próbą rzetelnej wartości człowieka”. Otóż z dwojga naszych bohaterów to Felicja musi budzić uznanie, zaś Wiktor po prostu rozczarowuje; nie jako potencjalny kochanek, ale jako zwyczajnie człowiek.

Barbara Krafftówna (zmarła w styczniu rego roku) zagrała w tym filmie rolę życia, a partnerują jej wspomniany już Zbigniew Cybulski oraz między innymi Wieńczysław Gliński i w roli bardzo nietypowej dla siebie bo gestapowca-złoczyńcy, Wiesław Gołas.


Link do filmu:

https://www.youtube.com/watch?v=EyXoDQGtfhk


Komentarze

Popularne posty z tego bloga