W
starym (polskim) kinie (16) - „Prawo i pięść”
Ten pierwszy to „Rancho Texas” nakręcony w 1959 roku przez Wadima Berestowskiego, reżysera raczej mało znanego, mającego w swym dorobku głównie filmy dla dzieci oraz seriale telewizyjne. Polskim Texasem stały się tutaj Bieszczady, faktycznie przypominające Dziki Zachód, zwłaszcza w latach 50-tych. Jak każe konwencja, w filmie nie zabrakło podziału na złych i dobrych, strzelaniny, wątku miłosnego, koni i kowbojskiej ballady (śpiewał Jerzy Michotek). Bogusz Bilewski wcielił się w rolę głównego bohatera, a partnerowali mu m.in. Jerzy Jogalla i Teresa Iżewska. Widzowie nie byli specjalnie wybredni, nawet jeśli musieli porównywać nasz western z tym co niekiedy przenikało do Polski z dalekich Stanów Zjednoczonych (a były to czasy filmów Johna Forda - „Dyliżans”, „Poszukiwacze”, „Człowiek który zabił Liberty Valance'a”, Howarda Hawksa - „Rio Bravo”, „Rzeka Czerwona”, czy Freda Zinnemanna – W samo południe”). Dlatego pewnie chętnie szło się do kina i podziwiało rodzimych kowbojów. Dokładnie pamiętam te fascynacje, bo najzwyczajniej sam ich doświadczałem.
Nadwiślański Dziki Zachód, albo raczej jego namiastka pojawił się ponownie na ekranach polskich kin w 1964 roku za sprawą twórczej kolaboracji dwóch reżyserów: Edwarda Skórzewskiego i Jerzego Hoffmana. Przenieśli oni na ekran opowiadanie Józefa Hena „Toast” (gwoli ciekawostki: to także Hen napisał scenariusz do „Rancho Texas”). W świecie prawdziwego westernu podziwialiśmy wtedy m.in. tzw. spaghetti westerns Sergio Leone, „Siedmiu wspaniałych” Johna Sturgesa, czy „Zawodowców” Richarda Brooksa. Na ekranach zaczął też królować Clint Eastwood, któremu w szybkości dobywania colta nikt nie mógł dorównać.
Skoro polski Zachód miał udawać Dziki Zachód, Skórzewski i Hoffman (nota bene to jemu właśnie zawdzięczamy sfilmowanie Trylogii) wpadli na pomysł umiejscowienia akcji filmu na Ziemiach Zachodnich zwanych Odzyskanymi, wkrótce po przydzieleniu ich do Polski.
Poniemiecki dobytek był nie lada atrakcją dla tych którzy tam przybywali (przeważnie repatrianci ze Wschodu), naturalnie pod warunkiem, że wcześniej nie ukradli go Rosjanie. Łatwość zabierania tego co zostało przyciągała też niestety najrozmaitszych łajdaków, którzy pod pozorem czynienia dobra przywłaszczali sobie co cenniejsze dobra.
„Prawo i pięść” opowiada właśnie o takiej bandzie której przewodzi niejaki „doktor” Mielecki. Oficjalnie zostaje on pełnomocnikiem lokalnej władzy z zadaniem przywrócenia do życia luksusowego sanatorium. Ogromna ilość sprzętu medycznego, dzieł sztuki itp. padłaby pewnie ich łupem gdyby nie sprzeciw jedynego sprawiedliwego w tym towarzystwie – Andrzeja Keniga. Otóż ten były nauczyciel, dawny więzień obozu w Auschwitz postanawia nie dopuścić do rabunku i niczym Gary Cooper z filmu Zinnemanna w pojedynkę stawia czoła bandytom. Na szczęście niektórzy złoczyńcy mają jednak moralne skrupuły, co Kenigowi ułatwia nieco zadanie, a poza tym po jego stronie stają także niektóre przygodnie poznane kobiety. Intryga jest tutaj świetnie skonstruowana, trzyma nas w nieustannym napięciu, a poziom gry aktorskiej bez najmniejszego zarzutu. Gwarantują go takie nazwiska jak Gustaw Holoubek (główny bohater), Zdzisław Maklakiewicz, Wiesław Gołas, Zofia Mrozowska, Hanna Skarżanka, Ryszard Pietruski czy Jerzy Przybylski (herszt bandy).
Film oczywiście musiał mieć pewne socrealistyczne akcenty, ale one akurat nie bardzo drażnią bowiem twórcy wstrzymują się od jednoznacznych ocen intencji bandytów. A w każdym razie niektórych z nich. Mielecki jest niewątpliwie niereformowalny, a jego credo: „bez ludzi zdolnych można się obejść, ważne by byli posłuszni” mówi samo za siebie. Motywacje ludzi, którzy przeżyli wojnę, a teraz kradną już nie są tak oczywiste, co chyba najlepiej ujął Czesiek grany przez Maklakiewicza: "O Ojczyźnie myślałem na wojnie, teraz myślę o sobie". Kenig też nie jest do końca przekonany, że zabijając czyni dobrze i prawdopodobnie zrezygnuje z należnej mu przecież nagrody.
Gustaw Holoubek jest w tej roli doskonały co nieco zaskakuje bo to przeciez nie jego specjalność.
Pozwolicie Państwo, że już teraz zaanonsuję swoje dwie rozmowy przeprowadzone ze znakomitym aktorem podczas jego wizyt w Toronto. Naprawdę warto posłuchać, a wracając do filmu chciałbym wspomnieć o niezapomnianej balladzie śpiewanej przez Edmunda Fettinga „Nim wstanie dzień” do której muzykę skomponował legendarny Krzysztof Komeda, a słowa napisała Agnieszka Osiecka.
Link do filmu: https://www.youtube.com/watch?v=v3QjjkNM2yw

Komentarze
Prześlij komentarz