Zielona granica
Zielona granica
Po raz pierwszy w życiu, po uprzednim zrecenzowaniu setek filmów patrzyłem na ten obraz Agnieszki Holland oczami nie tyle bywalca kina, co emigranta. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że porównywanie tego co spotkało mnie 45 lat temu z tym co przeżywają bohaterowie „Zielonej granicy” jest obrazoburcze, a może nawet nieprzyzwoite. W końcu i na szczęście nie musiałem forsować zasieków na granicy, a kwarantanna w obozie dla uchodźców w Traiskirchen była raczej przygodą niż udręką (choć i tam nie brakowało dramatycznych chwil). A jednak emocje jakie ten film wyzwolił we mnie są na tyle niezwykłe, że warto jest je przelać na papier, co niniejszym czynię.
Holland, niekwestionowanie jedna z najwybitniejszych postaci polskiego kina, wywołała swoim filmem prawdziwą medialną burzę, nie mówiąc o tym, że przyczyniła się do jeszcze większej polaryzacji i tak już skłóconych rodaków. Atakowało ją zwłaszcza prawe skrzydło polskiej sceny politycznej, nie wyłączając Ministra Obrony, Prezesa PIS-u, a nawet Prezydenta RP. Głównym zarzutem albo raczej osią kontrowersji było to w jaki sposób pokazywano w filmie pracę żołnierzy pogranicza, albo mówiąc wprost: traktowanie przez nich imigrantów próbujących nielegalnie przekroczyć naszą granicę. Na wstępie muszę zaznaczyć, że to, co tutaj piszę nie będzie recenzją, bo po pierwsze mnóstwo ich jak dotąd napisano, a po drugie nie można tak naprawdę doczepić się do jakichkolwiek walorów artystycznych filmu. Agnieszka Holland jak zwykle perfekcyjnie ujęła wszystko, co w dobrym filmie powinno być. Dała zresztą temu wyraz nagroda specjalna jury na festiwalu w Wenecji, a także entuzjastyczne przyjęcie filmu w Toronto.
Na czym miałby polegać ów balans, obecny w „Zielonej granicy”? Otóż sam fakt, że film w dużej części poświęcony jest grupce ludzi pomagającym imigrantom bez względu na konsekwencje, które bynajmniej nie są byle jakie, dobrze świadczy o intencjach reżysera. Pomagają zresztą nie tylko woluntariusze ale i sami żołnierze. Czy łatwo uwierzyć w mentalną przemianę niektórych spośród nich? Oczywiście, bowiem nikt do końca nie może pozostać nieczuły na ludzką krzywdę. Trzeba także odnotować, iż najbardziej makabryczne sceny dzieją się po białoruskiej stronie, co akurat nie powinno nikogo dziwić.
Osąd „Zielonej granicy” pozostawiam widzom, przy czym nie wydajmy wyroków przed pójściem do kina. A zwłaszcza wyroków opartych o bzdurne posądzenia kim jest Agnieszka Holland, jakie były losy jej rodziny, czy co naprawdę chciała wyrazić w swoim filmie. To zresztą zupełnie drugorzędna sprawa. Natomiast kwestionowanie jej dorobku, między innymi znakomitych obrazów w rodzaju „Europa, Europa”, „Mr Jones”, „Zabić księdza” czy „W ciemności” – że wspomnę tylko kilka - to przejaw kompletnego dyletanctwa nie tylko w kwestii znajomości kina.

Komentarze
Prześlij komentarz