Kulej. Dwie strony medalu

Mogło by się wydawać, że sport, albo raczej sportowcy to wdzięczny temat dla twórców X Muzy. Z pewnością dobrze wykorzystuje go film dokumentalny, ale jeśli chodzi o fabułę to już nie jest tak różowo. Podobnie rzecz się ma w naszej, rodzimej kinematografii. Na palcach jednej ręki można wyliczyć filmy, które zachwyciły widzów natomiast dużo więcej jest takich, które nudziły, nie bawiły albo wręcz nie warte były kupienia biletu do kina.
W rankingu najlepszych polskich filmów o sporcie najwyżej plasuje się „Najlepszy” w reżyserii Łukasza Palkowskiego. Jest to historia życia Jerzego Górskiego, który wbrew wszelkim przeciwnościom losu został mistrzem świata w podwójnym triatlonie. W pierwszej dziesiątce znalazły się też obrazy z epoki PRL-owskiego kina: „Jutro Meksyk” (1965), „Piłkarski poker” (1988), „Bokser” (1966), zaś pozostałe miejsca zajęły dokumenty.
Potwierdzałoby to moją tezę, że temat sportu nie należy do najwdzięczniejszych, co oczywiście dziwi, bo przecież nie brakuje tutaj biografii, dramatów czy w ogóle zdarzeń wartych przypomnienia w pełnometrażowym formacie. Udowadnia to dzisiaj Xawery Żuławski filmem ”Kulej. Dwie strony medalu”.
Nie wszyscy być może kojarzą kim był Jerzy Kulej jako że lata 60-te to w rzeczy samej bardzo odległa historia. No więc, mówimy o bokserze, który jako jedyny Polak wygrał w swojej wadze dwie olimpiady (Tokio 1964 i Meksyk 1968). Niewielu w świecie powtórzyło ten wyczyn w tej dyscyplinie sportu, choć było też bodajże trzech którzy uczynili to trzy razy (Węgier Laszlo Papp oraz Kubańczycy: Teofilo Stevenson i Felix Savon).
Żuławski rozpoczyna swój film od zwycięstwa w Tokio i właściwie cała reszta dotyczy perypetii Kuleja szykującego się na Meksyk. Tych perypetii jest co niemiara, bowiem Kulej był człowiekiem niepokornym, pełnym fantazji, skorym do kieliszka, kobiet i w ogóle wszelkich kłopotów. Było ich tak wiele, że reżyser wypełnił nimi ponad 2 godziny dając nam jednocześnie już w tytule zapowiedź, że film niekoniecznie będzie traktował tylko o sportowych sukcesach boksera.
Konsultantem Żuławskiego w opowieści o Kuleju był syn tego ostatniego. Jest to o tyle ważne, iż sporo w tym filmie mówi się także o żonie (matce) bohatera. Helena Kulej (w tej roli świetnie wypadła nieznana wcześniej Michalina Olszańska) była w jakimś sensie współautorką sukcesów Jerzego chroniąc go parokrotnie od nieuchronnej klęski (nie tyle sportowej co życiowej).
Mocnym atutem filmu jest gra aktorów. O roli Heleny już wspomniałem, ale największą rewelacją okazał się odtwórca Kuleja, Tomasz Wlosok. Nie chodzi tu tylko o sekwencje walk, w których podobno nie korzystał z dublera: jest zabawny kiedy powinien być zabawny i przerażający kiedy musi przerażać. Nie można również nie wspomnieć o Andrzeju Chyrze, który wcielił się w postać Papy Stamma, legendarnego trenera, ojca polskiej szkoły boksowania. Natomiast nie przekonał mnie Tomasz Kot w roli cynicznego esbeka. Być może zawinił tutaj nie tyle aktor, nota bene świetny, ile mała wiarygodność tej postaci: doprawdy trudno uwierzyć, by wysoki oficer bezpieki dał się wodzić za nos nawet tak wybitnemu sportowcowi, ale też mimo wszystko milicjantowi w stopniu porucznika. Nie w tamtych czasach i nie w PRL-u. Film Żuławskiego zasłużył na to, by we wspomnianym przeze mnie rankingu zająć wysokie miejsce. Przy okazji zachęcam też do obejrzenia filmu Marka Piwowskiego „Przepraszam czy tu biją” z udziałem prawdziwego Jerzego Kuleja. Na koniec dodam, że film „Kulej. Dwie strony medalu” miał swoją torontońską premierę w trakcie Festiwalu Polskich Filmów organizowanym po raz 15-ty przez Ekran.

Komentarze
Prześlij komentarz